Kiedy „luksus” to po prostu szampon z myjką i święty spokój
Nie wiem jak Ty, ale ja przez długi czas uważałam, że chodzenie do fryzjera to coś, co robi się tylko „przy okazji” – na przykład przed ślubem kuzynki albo gdy końcówki wołają o pomoc tak głośno, że wstyd wychodzić z domu. Wizyta u kosmetyczki? Fanaberia, prawda? „Po co mam komuś płacić za maseczkę, skoro mogę ją zrobić w domu z płatków owsianych i przeterminowanego jogurtu?” — to byłam ja jakieś pięć lat temu. Teraz wiem, że to zupełnie inna historia.
Dlaczego wciąż czujemy się winne, gdy „po prostu” chcemy o siebie zadbać?
To ciekawe, jak głęboko siedzi w nas przekonanie, że dbanie o siebie to zbytek. Zwłaszcza wśród kobiet. Pokolenie naszych mam często uważało, że fryzjer raz na kwartał to już rozpusta, a kosmetyczka? Pff, tylko „pani z miasta” może sobie na to pozwolić. Tymczasem świat trochę się zmienił – i dobrze!
Nie żyjemy już w czasach, kiedy domowe SPA składało się z maski z jajka i odżywki z piwa. No dobra, niektórzy nadal to robią (szacunek za naturalność!), ale przecież mamy XXI wiek, a zrelaksowana głowa i zdrowa skóra to nie egoizm – to normalna potrzeba, taka jak sen czy porządny posiłek.
Fryzjer: terapeuta w przebraniu stylisty
Kiedy moja przyjaciółka Anka wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, mówiła, że najbardziej brakowało jej… fryzjera. Nie żartuję. Bo fryzjer to nie tylko ktoś, kto podcina grzywkę. To osoba, która słucha, mówi, że „rzeczywiście, ta zmiana koloru to był strzał w dziesiątkę!” i pozwala przez godzinę nie myśleć o liście zakupów.
Sama mam fryzjera, który ma jakiś magiczny dar. Zawsze, gdy siadam na krześle, nagle zaczynam gadać o wszystkim — od kłótni z sąsiadką po planowane wakacje. Wychodzę z nową fryzurą, ale też z nową energią. Czy to fanaberia? Nie. To terapia włosowo-emocjonalna w najlepszym wydaniu.
Kosmetyczka — czyli ten ktoś, kto dosłownie zdejmuje z nas stres
Pamiętam moją pierwszą wizytę u kosmetyczki – czułam się jak uczennica na egzaminie. Czy moja skóra przejdzie test na „dobrą klientkę”? Czy pani kosmetyczka zauważy, że spałam trzy godziny i żyję na kawie? Oczywiście, że zauważyła. Ale zamiast mnie oceniać, po prostu powiedziała: „To dziś zrobimy ci coś dla relaksu.” I zrobiła. Wyszłam pół godziny później z taką lekkością, jakbym oddała komuś całą listę obowiązków razem z porem u dziecka.
Regularna pielęgnacja to nie luksus, ale inwestycja w samopoczucie. Bo czysta, zadbana skóra to nie tylko kwestia wyglądu, ale i zdrowia. I nie trzeba od razu złotej maseczki z kawioru. Czasem wystarczy zwykły peeling, dotyk ludzkiej dłoni i świadomość, że przez chwilę ktoś zajmuje się tylko tobą.
Fanaberia czy forma higieny psychicznej?
Nie przesadzam — wizyta u fryzjera czy kosmetyczki działa jak mały reset dla mózgu. To moment, w którym nie biegasz, nie planujesz, nie rozwiązujesz cudzych problemów. Po prostu siedzisz. I masz prawo przez godzinę nic nie robić. To niesamowite, jak bardzo tego potrzebujemy, a jak rzadko sobie na to pozwalamy.
Kiedy mówię znajomym, że idę do kosmetyczki, często słyszę: „Ooo, rozpusta!”. A ja wtedy odpowiadam: „Nie rozpusta, higiena psychiczna.” Bo właśnie tego słowa powinniśmy używać. To jest dbanie o siebie na takim samym poziomie, co regularne mycie zębów czy wyspanie się. Po prostu inny rodzaj pielęgnacji.
Domowe zabiegi też mają sens – pod warunkiem, że chcesz, a nie musisz
Nie zrozum mnie źle — uwielbiam domowe rytuały urody. Zapalam świece, nakładam maseczkę, udaję, że jestem w ekskluzywnym spa (tylko że w tle słychać pralkę i sąsiada wiercącego w ścianie). Ale jest ogromna różnica między chcę a muszę.
Jeśli robisz sobie maseczkę, bo masz na to ochotę — super. Ale jeśli odmawiasz sobie wizyty u specjalisty tylko dlatego, że „to za drogo”, „nie wypada” albo „inni mają gorzej”, to zatrzymaj się i zapytaj: czy naprawdę chodzi o pieniądze, czy o poczucie winy?
Bo może wcale nie chodzi o fanaberię, tylko o przekonanie, że dbanie o siebie to luksus. A luksus z definicji jest dla „wybranych”. Czas to zmienić. Bo my, kobiety, nie potrzebujemy przywileju, tylko przyzwolenia – samego sobie.
Krótka dygresja historyczna: jak kiedyś dbano o urodę
Kiedyś w codziennej pielęgnacji królowała… mąka ziemniaczana. Serio! Babcie używały jej do pudrowania twarzy, zioła do toników, a przed wyjściem do kościoła obowiązkowo szczypta różu (z buraka, oczywiście). Nie było kosmetyczek ani fryzjerów na każdym rogu, ale potrzeba zadbania o siebie już wtedy istniała. Tyle że realizowano ją w inny sposób — po cichu, bez fanfar i poczucia, że to coś wyjątkowego.
Dziś mamy zupełnie inne możliwości, ale nie zmieniło się jedno: chęć, by czuć się dobrze we własnej skórze. I to dokładnie o to chodzi — nie o luksus, nie o próżność, tylko o komfort.
Kiedy to naprawdę „za dużo”? Bo i takie sytuacje się zdarzają
Oczywiście, można też popaść w drugą skrajność. Znam dziewczyny, które bez wizyty u fryzjera czują się jakby miały kryzys egzystencjalny, a kosmetyczka to dla nich jak spotkanie z terapeutą co tydzień. Jeśli zaczynasz się martwić, że Twoje włosy „już nie wyglądają jak w reklamie” albo czujesz lęk przed wyjściem bez makijażu – to moment, żeby się zatrzymać i zadać pytanie: po co właściwie to robię?
Dbanie o siebie ma dawać komfort, a nie presję. Jeśli zmienia się w obsesję, przestaje działać w Twoim interesie. Wtedy warto zrobić krok wstecz, odpuścić, poleżeć z maseczką z miodu i po prostu… odpocząć od perfekcji.
Podsumowując: fanaberia? Nie, codzienny rytuał z duszą
Chodzenie do kosmetyczki czy fryzjera to nie zbytek ani zachcianka. To coś, co dla wielu kobiet staje się małym rytuałem odzyskiwania siebie. Nie dlatego, że ktoś tego od nas oczekuje, ale dlatego, że same wiemy, jak dobrze potem się czujemy.
Więc następnym razem, gdy ktoś zapyta Cię, po co idziesz do fryzjera, odpowiedz z uśmiechem: „Bo lubię siebie w wersji z lśniącymi włosami i spokojną głową.” To nie fanaberia. To troska – po prostu w pięknym wydaniu.
Najczęściej zadawane pytania
-
Czy regularne wizyty u kosmetyczki naprawdę mają sens?
Tak! Nie chodzi tylko o wygląd skóry, ale też o relaks, lepsze samopoczucie i chwilę tylko dla siebie.
-
Jak często warto chodzić do fryzjera?
W zależności od rodzaju włosów i fryzury – zwykle co 6–8 tygodni wystarczy, żeby utrzymać dobry kształt i kondycję.
-
Czy domowe sposoby mogą zastąpić kosmetyczkę?
Czasem tak, ale efekty profesjonalnych zabiegów i doświadczenie specjalisty są trudne do odtworzenia w domu.
-
Jak przestać czuć się winna, że wydaję pieniądze na siebie?
Przypomnij sobie, że dbanie o siebie to nie egoizm, tylko inwestycja w zdrowie i równowagę psychiczną.
-
Czy mężczyźni też mogą korzystać z kosmetyczki?
Oczywiście! Pielęgnacja nie ma płci – każdy ma skórę, włosy i potrzebę relaksu.
-
Co zrobić, jeśli boję się pierwszej wizyty u kosmetyczki?
Zacznij od krótkiego, prostego zabiegu – np. oczyszczania lub masażu. I pamiętaj, że nikt cię tam nie ocenia.
-
Czy kosmetyczka to naprawdę forma terapii?
W pewnym sensie tak – kontakt dotykowy, spokój i atmosfera relaksu działają bardzo kojąco na psychikę.
-
Czy warto chodzić do tego samego fryzjera?
Tak! Dzięki temu stylistka/stylista lepiej pozna Twoje włosy, upodobania i styl życia.
-
Jak łączyć domową pielęgnację z wizytami u specjalistów?
Traktuj je jako uzupełnienie – codzienna pielęgnacja podtrzymuje efekty profesjonalnych zabiegów.
-
Czy to naprawdę przestaje być fanaberia?
Zdecydowanie tak. Dbanie o siebie to przejaw samoakceptacji, a nie próżności. Bo szczęśliwa kobieta to najlepsza wersja luksusu.











