Hej, Ty i Twój aparat – duet, który może zdziałać cuda
Pamiętam, jak pierwszy raz zrobiłam sobie zdjęcie „na poważnie”. Nie selfie z filtrem z uszkami, nie przypadkowe odbicie w lustrze w łazience — tylko prawdziwe zdjęcie, takie, na którym chciałam zobaczyć siebie taką, jaką jestem. I wiesz co? Przez pierwsze pięć minut chciałam wyrzucić aparat przez okno.
Nie dlatego, że wyszłam źle (choć wtedy tak myślałam), tylko dlatego, że zobaczyłam twarz kobiety, której nie byłam jeszcze gotowa pokochać. A potem coś się zmieniło. Zaczęłam patrzeć na te zdjęcia jak na rozmowę z samą sobą, nie jak na konkurs piękności.
Dlaczego fotografowanie siebie to nie tylko kwestia próżności
Zanim w ogóle chwycisz aparat albo ustawisz statyw z kubkiem po herbacie (tak, każdy kiedyś improwizował), warto zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Fotografowanie siebie, kiedy uczysz się akceptować swój wygląd, to nie narcyzm ani „selflove performance”. To narzędzie do obserwacji — tak jak pamiętnik, tylko w wersji wizualnej.
Zdjęcia pozwalają zobaczyć siebie z dystansu. Dosłownie. I czasem dopiero wtedy, na ekranie telefonu, zauważasz, że Twoje ramiona wcale nie są „za szerokie”, tylko pięknie oprawiają ciało, które Ci służy każdego dnia. Albo że Twoje piegi to nie „problem”, tylko historia, którą skóra opowiada o latach słońca i śmiechu.
Krótka dygresja: trochę historii, trochę inspiracji
Autoportret nie jest żadnym millenialskim wynalazkiem. Już w XVII wieku malarki i malarze portretowali siebie, często z ogromną czułością. Frida Kahlo malowała siebie, bo – jak mówiła – „była jedyną osobą, którą zna najlepiej”. Dziś mamy łatwiej: wystarczy klik. Ale intencja pozostała ta sama – poznać siebie, utrwalić emocje, które trudno wypowiedzieć słowami.
Początek przygody: jak się do tego zabrać bez stresu
Jeśli czujesz, że aparat Cię ocenia, wiedz jedno: to tylko sprzęt. Obiektyw nie ma opinii, nie zna Twoich „defektów”, nie ma pojęcia o kanonach piękna z Pinteresta. To Ty nadajesz mu znaczenie.
Krok 1: wybierz moment, kiedy jesteś dla siebie łagodna
Nie wtedy, gdy masz PMS i próbujesz znaleźć spodnie, które „coś ukrywają”. Może rano, kiedy pijesz kawę i czujesz, że świat jeszcze niczego od Ciebie nie chce. Albo wieczorem w świetle lampki nocnej, kiedy Twoja twarz jest miękka i spokojna.
Nie musisz „wyglądać dobrze” – wystarczy, że czujesz się sobą. Tak to właśnie brzmi banalnie, a w praktyce jest totalnie rewolucyjne.
Krok 2: ustaw scenę po swojemu
Nie potrzebujesz studia ani softboxa. Wystarczy parapet i kawałek światła. Albo ulubiony kąt pokoju, w którym czujesz się bezpiecznie. Pamiętaj, że to przestrzeń, która ma Cię wspierać, a nie wymuszać pozowanie jak influencerka na Bali.
- Światło: miękkie, dzienne – unikaj żarówek z sufitu, one są bezlitosne jak lustro w windzie.
- Tło: neutralne, bez miliona rozpraszaczy. Ale jeśli w tle jest Twój kot – zostaw go. Koty zawsze wyglądają dobrze.
- Ubranie: takie, w którym możesz się poruszać i oddychać. Zaufaj mi – aparat widzi napięcie lepiej niż Ty sama.
Zrób kilka zdjęć… tylko dla siebie
Największym błędem, jaki popełniamy, jest fotografowanie się od razu „pod publikę”. Zrób zdjęcia, których nikt nie musi zobaczyć. To Twoja przestrzeń do eksperymentów. Możesz się śmiać, ziewać, robić głupie miny, być odważna lub zamyślona.
Pamiętam, jak przez miesiąc robiłam sobie selfie codziennie rano. Tylko po to, żeby przyzwyczaić się do swojej twarzy. I naprawdę – po jakimś czasie przestałam widzieć „coś krzywo”, „coś za dużo”. Zaczęłam widzieć emocje, które mówią o mnie więcej niż kształt nosa.
Nie poprawiaj od razu
Nie usuwaj zdjęcia po sekundzie, gdy widzisz „niesymetryczne brwi”. Daj mu chwilę. Oglądanie własnych zdjęć z dystansem to jak uczenie się nowego języka. Najpierw słyszysz dziwne dźwięki, a potem zaczynasz rozumieć sens.
Kiedy zdjęcia stają się terapią
Niektóre kobiety prowadzą tzw. foto-dzienniki – każdego dnia robią sobie jedno zdjęcie. Nie po to, żeby dokumentować makijaż (choć może i to), ale żeby zobaczyć zmiany. Zmęczoną twarz po ciężkim tygodniu, błysk w oku po spontanicznym spotkaniu, spokojny uśmiech po wieczorze z książką.
Te zdjęcia stają się pamiętnikiem emocji. I czasem dopiero po miesiącu patrzysz wstecz i widzisz, że coś się w Tobie uspokoiło. Że patrzysz na siebie już nie jak na projekt do poprawy, tylko na człowieka w procesie.
Nie wszystko musi być instagramowe
Nie ma nic złego w tym, że nie chcesz wrzucać swoich zdjęć do sieci. Niektóre rzeczy najlepiej smakują w ciszy, między Tobą a Twoim folderem „tylko dla mnie”. To nie wyklucza dumy z siebie – wręcz przeciwnie, daje Ci wolność.
Kilka trików, które pomagają polubić proces
- Uśmiechnij się do aparatu, jak do przyjaciółki. Nie wymuszaj tego – pomyśl o kimś, kto Cię rozśmiesza.
- Znajdź swój kąt. Nie, to nie „ten lepszy profil” – to ustawienie, w którym czujesz się sobą, nie aktorką.
- Nie bój się zbliżeń. Twoje oczy, pieprzyk na policzku, kącik ust – poznaj te mikrodetale. To też Ty, i to piękne.
- Nie traktuj zdjęć jako dowodu. One nie mają potwierdzać, że jesteś „wystarczająco ładna”. Mają przypominać, że jesteś prawdziwa.
Co, jeśli wciąż czujesz dyskomfort?
To normalne. Naprawdę. Pokolenia kobiet uczono, że mają się „dobrze prezentować”, a nie po prostu być. Nic dziwnego, że obiektyw może budzić lęk. Ale każda chwila spędzona na poznawaniu siebie na zdjęciach to krok w stronę wolności.
Może na początku pomoże Ci symboliczny rytuał – włącz ulubioną muzykę, zapal świeczkę, zrób zdjęcie nie z myślą o estetyce, tylko o emocji. Smutku, spokoju, rozbłysku nadziei. Pomyśl: „to tylko ja – dzisiaj”. Ani mniej, ani więcej.
Kiedy spojrzysz na siebie inaczej
Z czasem zauważysz, że aparat przestaje być narzędziem krytyki, a zaczyna być lustrem z czułością. Zamiast „ile tu zmarszczek?”, zaczniesz mówić: „o, jak dobrze, że tamte dni już minęły” albo „to wtedy śmiałam się tak, że bolały mnie policzki”.
To właśnie wtedy wiesz, że uczysz się miłości do siebie nie przez idealność, ale przez obecność.
Na zakończenie – czyli o jednym zdjęciu, które wszystko zmienia
Kiedyś zrobiłam zdjęcie, którego miała nie zobaczyć żadna żywa dusza. Bez makijażu, z rozczochranymi włosami, w starym swetrze. Patrzyłam na nie długo, nie mogąc zdecydować, czy je usunąć. W końcu powiesiłam je na tablicy nad biurkiem. Do dziś tam jest. Nie dlatego, że jest najładniejsze. Dlatego, że to zdjęcie, na którym naprawdę jestem ja.
Nie potrzebujesz filtra, żeby być piękna. Potrzebujesz spojrzenia, które jest Twoje – łagodne, życzliwe, ciekawe. Bo w końcu uczysz się kochać siebie nie po to, żeby w końcu zrobić „dobre zdjęcie”, tylko żeby w końcu dobrze na siebie patrzeć.
Najczęściej zadawane pytania
1. Czy muszę mieć profesjonalny aparat?
Nie! Wystarczy telefon. Najważniejsze jest światło i Twoje nastawienie, nie sprzęt. Aparaty w telefonach mają dziś świetną jakość, a najcenniejsze rzeczy uchwycisz spontanicznie.
2. Co zrobić, jeśli nie znoszę oglądać swoich zdjęć?
To częsty początek. Spróbuj patrzeć na siebie jak na przyjaciółkę, nie jak na projekt. Obejrzyj zdjęcie i pomyśl, co w tej osobie jest ciepłego, nie „do poprawy”.
3. Jak często robić sobie zdjęcia?
Nie ma reguły. Niektórym pomaga codzienne ćwiczenie, innym wystarczy raz w tygodniu. Ważne, by robić to z ciekawością, nie z przymusu.
4. Czy lepiej pozować, czy być naturalną?
Cokolwiek sprawia Ci radość! Czasem pozowanie może być zabawne i wyzwalające, a czasem najlepsze zdjęcia wychodzą, gdy po prostu jesteś sobą, nawet z kubkiem herbaty w ręku.
5. Jak zaakceptować „niedoskonałości” na zdjęciu?
Zamiast nazywać coś „niedoskonałością”, nazwij to „charakterem”. Blizny, zmarszczki, piegi – to mapy Twojej historii. Nie chowaj ich, poznawaj.
6. Czy retuszowanie zdjęć to coś złego?
Nie, jeśli robisz to świadomie. Delikatne rozjaśnienie czy edycja kolorów to forma ekspresji. Ale jeśli poprawki mają ukryć Ciebie – wtedy warto się zastanowić, dlaczego.
7. Co daje codzienne robienie sobie zdjęć?
Buduje zaufanie do własnego wizerunku i pozwala oswoić emocje. Z czasem zauważysz, że twarz, którą widzisz, nie jest „inna codziennie” – tylko Ty poznajesz ją coraz lepiej.
8. Czy ktoś może pomóc mi w tym procesie?
Oczywiście. Możesz poprosić przyjaciółkę, siostrę, partnera, albo nawet uczestniczyć w sesjach z fotografką, która specjalizuje się w zdjęciach z czułością. Czasem spojrzenie kogoś życzliwego naprawdę otwiera oczy.
9. Jak walczyć z myślą „nie jestem fotogeniczna”?
„Fotogeniczność” to mit. Chodzi o światło, emocje i luźną atmosferę. Każda twarz ma swój rytm i energię – znajdź ją zamiast walczyć z kliszą „dobrego ujęcia”.
10. Czy pokochanie siebie przez fotografię naprawdę działa?
Tak – jeśli robisz to szczerze, bez oczekiwań. Fotografia staje się wtedy nie tylko obrazem, ale lustrem, które pokazuje Ci, kim jesteś, a nie kim „powinnaś być”. I to naprawdę ma moc.











