Czy każdy musi mieć „hobby życia”?
Czy tylko ja mam wrażenie, że w ostatnich latach trzeba mieć pasję przez duże P? Cały internet powtarza: „znajdź swoją misję”, „rób to, co kochasz”, „zamień pasję w pracę i nie przepracujesz ani dnia”… Brzmi pięknie, ale co jeśli twoja największa przyjemność to spokojne picie kawy w pidżamie i obserwowanie, jak kot próbuje wejść do pudełka, które ewidentnie jest za małe? Czy to się jeszcze liczy?
Przez długi czas sama miałam poczucie, że czegoś mi brakuje. Każdy wokół coś robił: jedna zaczęła ceramikę, druga bieganie, trzecia otworzyła małą kwiaciarnię i oczywiście mówiła, że to jej calling. A ja? No cóż… z zapałem scrollowałam Netflixa i próbowałam nie przypalić kolacji. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że nie każdy musi mieć jedno wielkie hobby, które nada jego życiu sens. Czasem wystarczą małe rzeczy, które po prostu sprawiają, że dzień jest trochę milszy.
Skąd ten mit wielkiej pasji?
To nie jest przypadek. Kiedyś życie było prostsze – ludzie pracowali, mieli rodziny, świętowali, spotykali się z sąsiadami. Nikt nie oczekiwał, że twoje życie zawodowe będzie jednocześnie twoją największą pasją. Zmieniło się to w XX wieku, gdy zaczęto mówić o „samorealizacji”. Potem przyszły media społecznościowe i bum – każdy ma być nagle pełen energii, ambitny, kreatywny, zafascynowany czymś do granic możliwości.
A jeśli nie jesteś? Wtedy dopada cię poczucie, że jesteś „nudna”. Że powinnaś znaleźć coś „więcej”. Tylko że to „więcej” czasem wcale nie daje większego szczęścia. Czasem wręcz przeciwnie — zamienia się w presję: muszę mieć hobby, inaczej coś ze mną nie tak. A przecież można też po prostu lubić życie takim, jakie jest.
Małe przyjemności — mikrohobby codzienności
Zauważyłaś kiedyś, że słowo hobby brzmi trochę jak obowiązek? Takie coś, co trzeba robić systematycznie, najlepiej z notatnikiem, aplikacją do śledzenia postępów i kontem na Instagramie, żeby się pochwalić. Tymczasem można mieć mikrohobby. Malutkie, niewymuszone, zupełnie prywatne.
Na przykład:
- Codzienne robienie kawy w ukochanym kubku i wąchanie jej przed pierwszym łykiem.
- Chodzenie na długie spacery z podcastem, który i tak odpływa w tle, bo myśli i tak lecą w swoje strony.
- Sadzenie bazylii, chociaż poprzednie trzy zwiędły w tydzień.
- Uporczywe robienie zdjęć zachodom słońca, mimo że każdy wygląda prawie tak samo (ale „prawie” robi różnicę!).
- Zgadywanie historii ludzi w tramwaju – kim są, dokąd jadą i jakie mają marzenia.
To wszystko może być twoim hobby. Nie wymaga trofeów, nie ma rankingów, nie trzeba nikogo przekonywać, że to „ważne”. Jest tylko przyjemność. Czasem cicha i niewidoczna, ale realna.
Dlaczego małe rzeczy działają?
Bo to one składają się na twoją codzienność. A codzienność to 98% życia – jeśli więc potrafisz znaleźć radość w tych małych procentach, jesteś właściwie królową szczęścia. Psychologowie mówią o mikroradościach – drobnych, regularnych chwilach satysfakcji, które w dłuższej perspektywie mają większy wpływ na dobrostan niż jednorazowe euforie.
To trochę jak z przyprawami – solo nie robią wrażenia, ale razem tworzą smak, bez którego potrawa byłaby mdła. Tak samo z życiem: czasem wystarczy filiżanka herbaty z pomarańczą, żeby dzień nabrał koloru.
O presji bycia „interesującą osobą”
Nie da się ukryć, że współczesność jest trochę konkursem na bycie ciekawym człowiekiem. Jeśli ktoś na randce odpowiada, że „po pracy po prostu odpoczywa”, to od razu pojawia się cisza. Bo przecież wypada powiedzieć, że się wspina, medytuje, prowadzi bloga (tak, to o mnie!), a najlepiej wszystko naraz.
Wiesz co? Możesz być cudownie przeciętna i to jest kompletnie w porządku. Nie każdy weekend musi być przygodą, a nie każde twoje zajęcie – „kreatywne”. Czasem wypoczynek to nie leżenie na wyspie z drinkiem tylko leżenie w łóżku z memami.
Zresztą, bycie „interesującą osobą” nie polega wcale na tym, co robisz, tylko jak to robisz. Jeśli potrafisz naprawdę zachwycić się smakiem domowego ciasta albo dobrą książką, to masz więcej głębi niż ktoś, kto zalicza kolejny kurs hobby tylko po to, żeby móc o nim opowiedzieć.
Moje podejście do hobby – po latach prób i błędów
Kiedyś próbowałam mieć „prawdziwe” hobby. Zapisałam się na kurs ceramiki. Brzmiało cudownie – glina, artystyczna dusza, klimat rodem z filmów. W rzeczywistości – stres, bo moje kubki wyglądały jak zniekształcone doniczki. Kolejny etap: joga. Po trzech zajęciach odkryłam, że najbardziej lubię moment, kiedy wychodzę i wiem, że mam to już za sobą.
W końcu odpuściłam. Zamiast szukać tej jednej pasji, zaczęłam odkrywać drobiazgi, które po prostu mnie cieszą. Dziś moją ulubioną „praktyką mindfulness” jest podlewanie roślin i mówienie im, że świetnie wyglądają (pomaga? nie wiem, ale obie strony są zadowolone).
Małe rytuały większe niż pasje
Mam teorię, że każdy z nas potrzebuje rytuałów – nie ogromnych, tylko takich na miarę codzienności. Rytuały dają poczucie stabilności i małej magii. W moim przypadku to:
- poranne rozciąganie, ale tylko przez 5 minut, bo więcej i już się zniechęcam,
- zapalanie świeczki wieczorem, nawet gdy oglądam coś zupełnie bez sensu,
- pisanie jednej rzeczy, za którą jestem wdzięczna (najczęściej: kawa, łóżko albo dzień bez dram),
- planowanie weekendu wokół pytania: „czego mam ochotę NIE robić?”.
Może to nie brzmi jak pasja, ale działa lepiej niż niejedna. Bo chodzi o to, żeby w tym chaosie życia znaleźć coś, co kotwiczy nas w byciu „tu i teraz”.
Kiedy pasja się jednak pojawia
Jasne, czasem coś w nas zapala. Zaczynasz szyć, biegać, malować – i czujesz, że to „to”. Cudownie! Ale nawet wtedy warto pamiętać, że to nie musi być wynikiem spektakularnego poszukiwania. Pasje często przychodzą, kiedy się ich nie oczekuje. I nikt nie powiedział, że mają być na całe życie. Można mieć „pasję fazy” – przez pół roku origami, potem pieczenie chleba, a potem leżenie plackiem. To też jest w porządku.
Nie traktuj pasji jak tożsamości. To, że dziś nie masz hobby życia, nie znaczy, że coś z tobą nie tak. Może po prostu twoje „hobby” to dobre życie. I czy to nie brzmi jak najpiękniejszy cel?
Małe przyjemności jako styl życia
Kiedy zaczynasz celowo pielęgnować małe przyjemności, życie robi się jakieś… pełniejsze. Nie spektakularne, ale prawdziwe. Zamiast czekać na weekend, urlop czy „ten moment, gdy znajdę pasję”, zaczynasz zauważać, że przyjemności dzieją się tu i teraz.
To trochę jak z nauką wdzięczności – nie trzeba pisać elaboratu o każdym uśmiechu. Wystarczy zauważyć, że kawa tym razem wyszła idealnie, że pies zrobił coś głupiego, że słonce odbija się w oknie sąsiadki. Czasem szczęście to nie eksplozja radości, tylko ciche mruknięcie: „tak, jest dobrze”.
Trzy sposoby, by zauważać małe rzeczy
- Zwolnij. Nie w sensie rezygnacji, tylko w sensie obecności. Nie wszystko trzeba robić w biegu.
- Doceniaj powtarzalność. Rutyna nie jest zła – to właśnie w niej często kryje się komfort.
- Nie porównuj. Twoje przyjemności nie muszą wyglądać jak z Instagrama. To twoje życie, twoja wersja szczęścia.
Bo kto powiedział, że spokojne życie nie może być piękne?
Na zakończenie
Nie musisz mieć „hobby życia”. Nie musisz odkrywać siebie przez ekstremalne sporty ani tworzyć rękodzieła, które później sprzedasz na Etsy. Możesz po prostu być osobą, która lubi wieczorem włączyć serial, zaparzyć pyszną herbatę i poczuć, że świat jest wystarczająco dobry taki, jaki jest.
Czasem to właśnie te najmniejsze przyjemności mówią o nas najwięcej. I może właśnie w tym tkwi hobby życia: w umiejętności cieszenia się małymi rzeczami, bez presji bycia kimś „więcej”.
Najczęściej zadawane pytania
Czy każdy potrzebuje jednej, wielkiej pasji?
Nie! Niektórym daje radość jedno konkretne hobby, innym — miks drobnych przyjemności. Obie opcje są w porządku.
Czy brak hobby oznacza, że jestem mało ambitna?
Absolutnie nie. Ambicja nie zawsze przejawia się w hobby; czasem objawia się w trosce o siebie, relacje albo po prostu w dbałości o spokój psychiczny.
Jak znaleźć „małe przyjemności”, które dają radość?
Obserwuj siebie. Co sprawia, że się uśmiechasz, czujesz spokój, chcesz do czegoś wracać? To właśnie twoje mikroprzyjemności.
Czy hobby musi być produktywne?
Niekoniecznie. Hobby nie służy do udowadniania czegokolwiek, tylko do odpoczynku i radości. Jeśli relaksuje cię bezcelowe przeglądanie książek kucharskich — to się liczy!
Dlaczego czuję presję, żeby mieć pasję?
Bo świat bombarduje nas ideałami samorealizacji i sukcesu. Media społecznościowe potęgują wrażenie, że wszyscy „coś robią”. W rzeczywistości wiele osób też po prostu odpoczywa.
Czy małe przyjemności naprawdę wpływają na szczęście?
Tak. Regularne, drobne momenty satysfakcji kształtują ogólne poczucie dobrostanu bardziej niż spektakularne przeżycia.
Jak pogodzić brak pasji z potrzebą motywacji?
Motywacja nie musi wynikać z wielkiej pasji. Można czerpać energię z ciekawości, małych celów i dbałości o własny komfort.
Czy małe rytuały mogą zastąpić hobby?
Oczywiście. Rytuały dają strukturę i poczucie spokoju, a to często więcej niż kolejne ambitne zadanie.
Co, jeśli nigdy nie znajdę swojej „prawdziwej pasji”?
Nic złego się nie stanie. Życie to nie konkurs na najwyraźniej określony cel. Można być w pełni sobą, nawet jeśli twoje hobby to po prostu życie.
Jak przestać porównywać swoje życie do innych?
Zauważ, że każdy pokazuje tylko wycinek rzeczywistości. Twoje szczęście nie musi wyglądać jak czyjeś. Ciesz się swoim tempem i swoimi małymi przyjemnościami — to wystarczy.











